Gdyby świat skończył się przy tej piosence, nie żałowałabym go aż tak bardzo.
posłuchaj
piątek, 31 maja 2013
środa, 22 maja 2013
...
Jejku, Tato, muszę coś zrobić, coś innego niż praca. Moje życie jest tak bardzo przewidywalne. Pamiętam, że jeszcze rok temu cieszyłam się z każdej dupereli, która oddalała moje myśli od Twojego odejścia. A teraz ... teraz jest troszkę inaczej. Chciałabym, by codzienność znowu zaczęła mnie zaskakiwać, może w ciut inny sposób niż rok temu. Zresztą - w jakikolwiek. Byle życie stało się codziennym zdumieniem, pełnym małych, ładnych niespodzianek. Źle znoszę tę przewidywalność.
poniedziałek, 20 maja 2013
czwartek, 2 maja 2013
...
Widziałam się dziś z Jackiem. Wiesz Tato, on jest niesamowitym człowiekiem - dobrym, mądrym, bezinteresownym, pokornym. Zresztą spędziliście razem troszkę czasu, więc wiesz, że nie piszę na wyrost.
Problem w tym, że gdy widuję go teraz, przypomina mi się 19 grudnia. Nie wiem, chyba mama zadzwoniła wtedy do Ireny i dlatego Jacek przyjechał do Fordonu. Ktoś musiał potwierdzić, że Ty to faktycznie Ty. I właśnie on to zrobił - poszedł tam, zobaczył Cię i potwierdził. Wcześniej widział Cię w innych okolicznościach, w ogrodzie w Murowańcu, u dziadków, przy wigilijnym stole. I na sam koniec - widział Cię tam, Tatuś.
Potem zawiózł mnie do babci. Ale najpierw trzeba było przejść obok miejsca, z którego zabrano Cię kilkadziesiąt minut wcześniej.
Za każdym razem, gdy jadę do mamy, muszę tamtędy przechodzić. Albo jestem taka silna, albo kurewsko bezduszna. Bo jednak mimo wszystko przechodzę tamtędy. I nie czuję smutku. To raczej strach przed cholerawieczym. I nienawiść. Nienawidzę tego miejsca. Szczerze się go boję i nienawidzę.
Problem w tym, że gdy widuję go teraz, przypomina mi się 19 grudnia. Nie wiem, chyba mama zadzwoniła wtedy do Ireny i dlatego Jacek przyjechał do Fordonu. Ktoś musiał potwierdzić, że Ty to faktycznie Ty. I właśnie on to zrobił - poszedł tam, zobaczył Cię i potwierdził. Wcześniej widział Cię w innych okolicznościach, w ogrodzie w Murowańcu, u dziadków, przy wigilijnym stole. I na sam koniec - widział Cię tam, Tatuś.
Potem zawiózł mnie do babci. Ale najpierw trzeba było przejść obok miejsca, z którego zabrano Cię kilkadziesiąt minut wcześniej.
Za każdym razem, gdy jadę do mamy, muszę tamtędy przechodzić. Albo jestem taka silna, albo kurewsko bezduszna. Bo jednak mimo wszystko przechodzę tamtędy. I nie czuję smutku. To raczej strach przed cholerawieczym. I nienawiść. Nienawidzę tego miejsca. Szczerze się go boję i nienawidzę.
Subskrybuj:
Posty (Atom)