Widziałam się dziś z Jackiem. Wiesz Tato, on jest niesamowitym człowiekiem - dobrym, mądrym, bezinteresownym, pokornym. Zresztą spędziliście razem troszkę czasu, więc wiesz, że nie piszę na wyrost.
Problem w tym, że gdy widuję go teraz, przypomina mi się 19 grudnia. Nie wiem, chyba mama zadzwoniła wtedy do Ireny i dlatego Jacek przyjechał do Fordonu. Ktoś musiał potwierdzić, że Ty to faktycznie Ty. I właśnie on to zrobił - poszedł tam, zobaczył Cię i potwierdził. Wcześniej widział Cię w innych okolicznościach, w ogrodzie w Murowańcu, u dziadków, przy wigilijnym stole. I na sam koniec - widział Cię tam, Tatuś.
Potem zawiózł mnie do babci. Ale najpierw trzeba było przejść obok miejsca, z którego zabrano Cię kilkadziesiąt minut wcześniej.
Za każdym razem, gdy jadę do mamy, muszę tamtędy przechodzić. Albo jestem taka silna, albo kurewsko bezduszna. Bo jednak mimo wszystko przechodzę tamtędy. I nie czuję smutku. To raczej strach przed cholerawieczym. I nienawiść. Nienawidzę tego miejsca. Szczerze się go boję i nienawidzę.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz