Panie Losie, daj mi spokoju, bezpieczeństwa, przytulności, ciepła i stabilizacji
Daj różnorodności, dobra, radości, podróży i zachwytu nowymi zakątkami
Pomóż ponownie pokochać lato
środa, 30 grudnia 2015
sobota, 7 listopada 2015
...
Chciałabym wiedzieć, że jesteś bezpieczny, w dobrym, ciepłym miejscu, że jesteś teraz ze swoimi rodzicami, rodzeństwem, dziećmi Dziadziusiu. Chciałabym wiedzieć, że u Ciebie dobrze.
Liczyłam na ciut więcej czasu, Ty chyba zresztą też...
I choć ból jest ogromny, to jestem wdzięczna za każdą minutę spędzoną z Tobą Dziadziusiu mój ukochany, za to, że zdążyłam. Bo zdążyłam. Rzutem na taśmę. To moje szczęście największe.
Liczyłam na ciut więcej czasu, Ty chyba zresztą też...
I choć ból jest ogromny, to jestem wdzięczna za każdą minutę spędzoną z Tobą Dziadziusiu mój ukochany, za to, że zdążyłam. Bo zdążyłam. Rzutem na taśmę. To moje szczęście największe.
czwartek, 5 listopada 2015
...
Przepraszam, że dopiero dziś Dziadziusiu.
Ale dopiero nieco ponad godzinę temu zadzwonił telefon.
Żegnaj
Bardzo Cię ukochałam i będę
Ale dopiero nieco ponad godzinę temu zadzwonił telefon.
Żegnaj
Bardzo Cię ukochałam i będę
środa, 16 września 2015
...
Piszę na świeżo po kolejnym spotkaniu:
Ulicą Przyrzecze pobiegł Dziadziuś mój kochany na Stary Rynek, by zobaczyć wspomniane kilka postów wcześniej odbicie dłoni księdza po Krwawej Niedzieli. I znowu, jak dziś podkreślił, bał się wtedy bardzo, ale ciekawość zwyciężyła.
Był też, jako chłopczyk, jeden jedyny raz w nieistniejącym dziś Teatrze Miejskim - przepięknym, okazałym obiekcie zniszczonym podczas wojny, ulokowanym w miejscu obecnego placu Teatralnego. Dziadziuś powiedział, że "wypłakał" pieniądze na ten spektakl (rzecz jasna - dla najmłodszych widzów) u swojej mamy a mojej prababci Elżbiety, bo wszystkie dzieci szły i on też bardzo chciał. Nie pamiętał tytułu przedstawienia, natomiast powiedział, że oglądał spektakl z balkonu, bo we wnętrzu teatru "były same balkony i scena".
Przy okazji dowiedziałam się, że nieopodal gmachu teatru znajdowała się zajezdnia tramwajowa, która gromadziła zaledwie trzy linie, ponieważ w latach 40. po Bydgoszczy jeździły tylko "Jedynka", "Dwójka" i "Trójka". Pod koniec dnia, a w zasadzie późnym wieczorem, około godziny 23, zwoływano gwizdem tramwaje do zajezdni.
Zapytałam Dziadziusia, czy pamięta pierzeję zachodnią na Starym Rynku. Wiadomo było, że pamięta, bo przecież bywał w tym miejscu, ale nie mogłam oprzeć się pokusie poznania kolejnych wspomnień, zwłaszcza tych, które dotyczą obiektów już nieistniejących. Na pytanie o pierzeję, Dziadziuś się uśmiechnął, a wręcz odniosłam wrażenie - lekko zawstydził. "Siedziałem na schodach tej pierzei (chyba nie sam - mój przypis). Bo ja ciągnąłem po rynku wózek (i tu padło imię i nazwisko dziewczyny - właścicielki wózka) ze świętojankami". Chodziło o drobny zarobek w zamian za tę przysługę :) Tymczasem właścicielka wózka, jak zrozumiałam, sprzedawała potem na rynku świętojanki, czyli porzeczki.
Boże drogi, jaki to musiał być świat, jakie życie, jak bardzo odmienne od dzisiejszego. Dziadziuś mój przeżył to wszystko, był tam, żył w tamtej Bydgoszczy. Muszę to sobie napisać, bo wizualizacja Jego opowieści bywa dla mnie tak bardzo odrealniona.
Ulicą Przyrzecze pobiegł Dziadziuś mój kochany na Stary Rynek, by zobaczyć wspomniane kilka postów wcześniej odbicie dłoni księdza po Krwawej Niedzieli. I znowu, jak dziś podkreślił, bał się wtedy bardzo, ale ciekawość zwyciężyła.
Był też, jako chłopczyk, jeden jedyny raz w nieistniejącym dziś Teatrze Miejskim - przepięknym, okazałym obiekcie zniszczonym podczas wojny, ulokowanym w miejscu obecnego placu Teatralnego. Dziadziuś powiedział, że "wypłakał" pieniądze na ten spektakl (rzecz jasna - dla najmłodszych widzów) u swojej mamy a mojej prababci Elżbiety, bo wszystkie dzieci szły i on też bardzo chciał. Nie pamiętał tytułu przedstawienia, natomiast powiedział, że oglądał spektakl z balkonu, bo we wnętrzu teatru "były same balkony i scena".
Przy okazji dowiedziałam się, że nieopodal gmachu teatru znajdowała się zajezdnia tramwajowa, która gromadziła zaledwie trzy linie, ponieważ w latach 40. po Bydgoszczy jeździły tylko "Jedynka", "Dwójka" i "Trójka". Pod koniec dnia, a w zasadzie późnym wieczorem, około godziny 23, zwoływano gwizdem tramwaje do zajezdni.
Zapytałam Dziadziusia, czy pamięta pierzeję zachodnią na Starym Rynku. Wiadomo było, że pamięta, bo przecież bywał w tym miejscu, ale nie mogłam oprzeć się pokusie poznania kolejnych wspomnień, zwłaszcza tych, które dotyczą obiektów już nieistniejących. Na pytanie o pierzeję, Dziadziuś się uśmiechnął, a wręcz odniosłam wrażenie - lekko zawstydził. "Siedziałem na schodach tej pierzei (chyba nie sam - mój przypis). Bo ja ciągnąłem po rynku wózek (i tu padło imię i nazwisko dziewczyny - właścicielki wózka) ze świętojankami". Chodziło o drobny zarobek w zamian za tę przysługę :) Tymczasem właścicielka wózka, jak zrozumiałam, sprzedawała potem na rynku świętojanki, czyli porzeczki.
Boże drogi, jaki to musiał być świat, jakie życie, jak bardzo odmienne od dzisiejszego. Dziadziuś mój przeżył to wszystko, był tam, żył w tamtej Bydgoszczy. Muszę to sobie napisać, bo wizualizacja Jego opowieści bywa dla mnie tak bardzo odrealniona.
Pierzeja zachodnia
Teatr Miejski
czwartek, 20 sierpnia 2015
...
W wielką radość i jeszcze większe wzruszenie wpędza mnie myśl, że mogę jeździć do mojego Dziadka kiedy tylko zechcę. To taki ukłon ze strony losu, na który nie ośmielałam się liczyć, ani tym bardziej - czekać. Nie pomyślałabym rok, dwa lata temu, że będę z Dziadkiem oglądać jego świadectwo czeladnicze wystawione 28 grudnia 1949 roku, czy książeczkę wojskową, z której dowiem się, że Jego ojciec, a mój pradziadek miał na imię Szczepan. Z każdej wizyty wynoszę coś nowego, odkrywam nowy fragment życia Dziadka, a tym samym - nie przesadzę, pisząc - buduję też swoją historię. W zasadzie nie potrafię do końca nazwać tego, co dają mi wizyty u Dziadka. Na pewno poczucie przynależności, takiego ugruntowania, hm, uziemienia. Dotychczas kwestie związane z rodziną kojarzyły mi się z niebytem, oderwaniem, teraz mam Dziadka, wiem, że moja historia ma jakiś początek, że jest bogactwo wspomnień.
Dziadziuś ma doskonałą pamięć, bez trudu przywołuje daty (dzienne!), pamięta naprawdę bardzo dużo. To zdumiewające! Opowiada o wszystkim z rozbrajającą naturalnością, nie koloryzuje wspomnień, po prostu mówi, jak było, kiedy było, gdzie i co czuł. Na przykład, gdy pewnego upalnego lata ubrany w czarną pelerynę i czarny kaptur, trzymając pod pachą te swoje obrazy przechodził przez Stary Rynek Rupniewski, Dziadziuś mój odwrócił wzrok, wstydząc się, że malarz go rozpozna i zagai. Bo to przecież obciach rozmawiać z takim dziwolągiem :) Dodam - z Rupniewskim znał się z biblioteki (obecnie jest to biblioteka wojewódzka na Starym Rynku), gdzie obaj pracowali. Dziadek mój jako introligator, a Rupniewski dorabiał, robiąc witraże i oczywiście malując.
sobota, 8 sierpnia 2015
sobota, 1 sierpnia 2015
...
"Tam nie ma drzewa, na którym bym nie był" - opowiadał o Wzgórzu Dąbrowskiego mój Dziadziuś. Przez całe dzieciństwo i lata młodzieńcze mieszkał w kamienicy przy ul. Dąbrowskiego 5, całkiem niedaleko wieży ciśnień. Gdy byłam już na świecie, woził mnie w wózeczku po Wzgórzu. Musiałam mieć dwa lata, może ciut mniej. Gdzieś przy skrzyżowaniu ul. Dąbrowskiego z Filarecką znajdował się wtedy sklep papierniczy, przy którym Dziadziuś za każdym razem zatrzymywał się i pokazywał mi przez szybę zabawki :) Muszę to jeszcze zweryfikować, bo nie jestem pewna adresu tego sklepu.
Dziadek mój ukochany spędził więc znaczną część swojego życia na Szwederowie, w miejscu, gdzie jako nastoletnia dziewczyna spacerowałam z Babcią Marysią, nie wiedząc nawet, że gdzieś nieopodal znajduje się dom, w którym mieszkał Dziadziuś. Po Wzgórzu tym biegałam również podczas zajęć z wu-efu, chodziłam wówczas do II LO przy ul. Nowodworskiej.
Chciałabym zabrać tam Dziadka na spacer.
Dziadek mój ukochany spędził więc znaczną część swojego życia na Szwederowie, w miejscu, gdzie jako nastoletnia dziewczyna spacerowałam z Babcią Marysią, nie wiedząc nawet, że gdzieś nieopodal znajduje się dom, w którym mieszkał Dziadziuś. Po Wzgórzu tym biegałam również podczas zajęć z wu-efu, chodziłam wówczas do II LO przy ul. Nowodworskiej.
Chciałabym zabrać tam Dziadka na spacer.
piątek, 31 lipca 2015
...
Drugie spotkanie z moim Dziadkiem - Zbigniewem Pieszczyńskim. Wracając do domu, włączam dyktafon i nagrywam wszystko, prowadząc samochód. Tyle cudnych historii, pięknych wspomnień, wzruszających, zabawnych, nie chcę, by cokolwiek umknęło. Dziadziuś opowiada o wszystkim z rozbrajającą prostotą, jakby fakt, że żyje już 84 lata był czymś zwykłym, oczywistym. Dla niego nie ma niczego nadzwyczajnego w tym, że mając osiem lat, pobiegł ze Wzgórza Dąbrowskiego na Stary Rynek we wrześniu 39 roku, tuż po Krwawej Niedzieli Bydgoskiej. Chciał znaleźć odbicie ręki księdza, które widziano na jednej ze ścian nieistniejącej już pierzei. Dziadziuś powiedział, że miasto było puściuteńkie i głuche, nie widział żywej duszy. Bydgoszcz w okolicach Starego Rynku, które na co dzień tętniły życiem, w tych dniach, czyli na początku września - zamarła. Zapytałam Dziadka, czy się nie bał, ale odparł, że nie - po prostu był ciekawy i dlatego bez wiedzy swojej mamy, a mojej prababci, pobiegł na rynek. Nie znalazł odbicia ręki. Gdy powiedział o tym mamie (jego wyprawa wyszła na jaw), dostał po uszach :)
piątek, 24 lipca 2015
...
O liście od Dziadka (Taty mojego Taty) dowiedziałam się, siedząc w samochodzie, w pobliżu Zarządu Dróg Wojewódzkich. Mama przeczytała mi przez telefon fragment (a może całość? nie pamiętam). Chodziło o to, że Dziadek nie może mnie znaleźć, nie wie, co się ze mną dzieje, że bardzo chciałby, abym go odwiedziła, bym przyjechała na Leśne i - to akurat pamiętam doskonale - że zależy Mu na czasie.
Napisał więc list, ponieważ nie mógł mnie w żaden sposób odnaleźć. I to by się zgadzało, bo moje częste zmiany numeru telefonu nie były przypadkowe. Nie chciałam już więcej rodziny, nikogo. Prócz Niego jednego. Nikogo prócz mojego Dziadka. Ale nie dało się inaczej. Nikt nie miał prawa odnaleźć mnie za pośrednictwem gazety, nie ma mnie w żadnej książce telefonicznej, w internecie pozostały po mnie ślady z czasów gazety, być może jakieś nieaktualne numery telefonu. Tak właśnie chciałam.
A On napisał list. Tak po prostu. Drżącą ręką napisał, że chce mnie zobaczyć.
Zadzwoniłam do Niego nazajutrz. "Tak się cieszę, że cię mam". Rozpłakałam się i próbowałam mówić dalej. Dwie godziny później byłam już na Leśnym.
Bałam się, że po tych prawie pięciu latach przerwy od ostatniego spotkania (czerwiec 2012, pół roku po śmierci mojego Taty) zobaczę Go mocno schorowanego. Nie wiedziałam, czy chodzi, czy już tylko leży, czy jeszcze mówi, czy widzi, czy słyszy. Przywitał mnie w progu, taki kochany, z tymi swoimi błękitnymi, pięknymi oczami, wzruszony, uśmiechnięty, wpatrzony we mnie - w swoją wnuczkę, którą kocha.
Taki mądry, kochany mój Dziadek.
Ten list jest dla mnie w tej chwili najcenniejszą rzeczą (nie wiem, jak to inaczej nazwać). I kilka zdjęć mojej ukochanej Babci Marysi.
Napisał więc list, ponieważ nie mógł mnie w żaden sposób odnaleźć. I to by się zgadzało, bo moje częste zmiany numeru telefonu nie były przypadkowe. Nie chciałam już więcej rodziny, nikogo. Prócz Niego jednego. Nikogo prócz mojego Dziadka. Ale nie dało się inaczej. Nikt nie miał prawa odnaleźć mnie za pośrednictwem gazety, nie ma mnie w żadnej książce telefonicznej, w internecie pozostały po mnie ślady z czasów gazety, być może jakieś nieaktualne numery telefonu. Tak właśnie chciałam.
A On napisał list. Tak po prostu. Drżącą ręką napisał, że chce mnie zobaczyć.
Zadzwoniłam do Niego nazajutrz. "Tak się cieszę, że cię mam". Rozpłakałam się i próbowałam mówić dalej. Dwie godziny później byłam już na Leśnym.
Bałam się, że po tych prawie pięciu latach przerwy od ostatniego spotkania (czerwiec 2012, pół roku po śmierci mojego Taty) zobaczę Go mocno schorowanego. Nie wiedziałam, czy chodzi, czy już tylko leży, czy jeszcze mówi, czy widzi, czy słyszy. Przywitał mnie w progu, taki kochany, z tymi swoimi błękitnymi, pięknymi oczami, wzruszony, uśmiechnięty, wpatrzony we mnie - w swoją wnuczkę, którą kocha.
Taki mądry, kochany mój Dziadek.
Ten list jest dla mnie w tej chwili najcenniejszą rzeczą (nie wiem, jak to inaczej nazwać). I kilka zdjęć mojej ukochanej Babci Marysi.
sobota, 13 czerwca 2015
...
Pamiętając, że to blog mojego Taty (!!!), pozwalam sobie załączyć moją nową muzyczną miłość :)
Domowe Melodie
Domowe Melodie
środa, 10 czerwca 2015
...
Już trudno, skoro to czytasz... :) Nie chcę zmieniać adresu, bo za dużo tu powstało, zbyt wiele zawdzięczam pisaniu tu. Szkoda by mi było kasować, czy pisać gdzie indziej. Więc albo czytasz i nie komentujesz, albo nie czytasz i ... też nie komentujesz :) Taką zasadę ustalmy, poproszę ładnie, dając Ci buziaka w Twój mój najukochańszy na świecie lewy polik.
niedziela, 17 maja 2015
...
Odkąd pamiętam, jedną z moich największych potrzeb była, jest i pewnie, posiłkując się banałem - będzie stabilizacja. Potrzebuję też czuć się bezpiecznie i spokojnie. Chciałabym, aby mój dom był dla mnie azylem, schronieniem. Chciałabym, aby moje życie wyglądało ZUPEŁNIE inaczej niż życie moich rodziców.
;(
;(
wtorek, 5 maja 2015
...
Szukam odpowiedzi na pytanie, co jeśli nie dziennikarstwo. Bo to już na pewno nie. Z niemałym wzruszeniem wspominam swoje początki, ponieważ chyba tylko wtedy - sześć lat temu, czułam swoją dziennikarską, nazwijmy to, misję. Uważnie obserwowałam miasto, jego mankamenty, potrzeby, bolączki. Lubiłam też, gdy do redakcji dzwonili, czy, rzadziej, pisali czytelnicy z prośbą o interwencję, co postrzegałam, jako prośbę o pomoc. Tak kiedyś odbierałam dziennikarstwo - czułam, że mogę pomóc. I nawet nie wiem kiedy to "mogę" przeszło w "muszę". A gdy w grę wchodzi "muszę", zaczynam się wycofywać.
Być może to polityka redakcji, w której zaczynałam, być może - środowisko, być może - po prostu ja i fakt, że nie pasuję do dziennikarstwa, ponieważ wymaga ono sporej odwagi (oczywiście nie wtedy, gdy trzeba pisać zwykłe komunikaty, najczęściej dziś kopiowane przez dziennikarzy z notatek prasowych), odporności na stres i poświęcenia.
Z tym poświęceniem nie byłoby pewnie problemu, gdyby w ślad za nim szły rezultaty. Taką mam egoistyczną potrzebę - jeśli daję z siebie więcej, oczekuję rezultatów. Gdy ich nie ma, zwalniam tempo, ale jeszcze nie tracę nadziei, że któregoś dnia poczuję sens swojego poświęcenia. Gdy nie dostrzegam tego sensu, zwyczajnie się wycofuję.
I właśnie wtedy pojawia się oczywiste pytanie - co dalej. A że kreatywność nie jest moją mocną stroną, zaś zadaniowość wkurwia mnie w takich sytuacjach, zatrzymuję się na pytaniu.
Być może to polityka redakcji, w której zaczynałam, być może - środowisko, być może - po prostu ja i fakt, że nie pasuję do dziennikarstwa, ponieważ wymaga ono sporej odwagi (oczywiście nie wtedy, gdy trzeba pisać zwykłe komunikaty, najczęściej dziś kopiowane przez dziennikarzy z notatek prasowych), odporności na stres i poświęcenia.
Z tym poświęceniem nie byłoby pewnie problemu, gdyby w ślad za nim szły rezultaty. Taką mam egoistyczną potrzebę - jeśli daję z siebie więcej, oczekuję rezultatów. Gdy ich nie ma, zwalniam tempo, ale jeszcze nie tracę nadziei, że któregoś dnia poczuję sens swojego poświęcenia. Gdy nie dostrzegam tego sensu, zwyczajnie się wycofuję.
I właśnie wtedy pojawia się oczywiste pytanie - co dalej. A że kreatywność nie jest moją mocną stroną, zaś zadaniowość wkurwia mnie w takich sytuacjach, zatrzymuję się na pytaniu.
niedziela, 26 kwietnia 2015
wtorek, 7 kwietnia 2015
...
Babcia moja najdroższa miała na imię Maria. Maria Misztal - urodziła się 2 stycznia 1939 roku. Nie wiem dokładnie gdzie. Musiałabym zapytać Mamę, bo oczywiście Babcia mi mówiła, ale nie pamiętam.
Najczęściej zwracałam się do Niej "Babuniu", "Babuś", "Babinko", a Ona do mnie: "Niunieczko", "Niuniu". Gdy tylko przekraczałam próg mieszkania przy Ugory, z reguły jeszcze zanim się przywitałyśmy, Babcia pytała, czy zrobić mi coś do jedzenia: "Zrobię ci chlebusia z szyneczką i pomidorkiem. Dziadziuś kupił taką dobrą szyneczkę" albo "My dziś tylko krupnik mamy, to może ci odgrzeję? Z chlebusiem zjesz".
Babcia uwielbiała wspominać czasy, gdy byłam mała i mieszkaliśmy jeszcze z rodzicami na Ugorach. Do Fordonu przeprowadziliśmy się dopiero, gdy skończyłam trzy lata. Do tego czasu zajmowaliśmy pokój, w którym dziś mieszka dziadek. Babcia chodziła ze mną na spacery. Ładnie mnie ubierała, w sukieneczkę, i szłyśmy. Opowiadała, że gdy zbliżałyśmy się do Modusa, co oznaczało, że kończymy spacer i powoli kierujemy się w stronę domu, zawracałam i zaczynałam uciekać :) Oczywiście z reguły kończyło się to upadkiem, umorusaniem sukienki, rykiem i krzykiem: "Bacia, nie cie (nie chcę) domku!".
Opowiadała też, że stawiała mnie na stole kuchennym, przy oknie, abym mogła sobie popatrzeć na świat. Gdy z komina stojącej naprzeciwko kamienicy zaczynał unosić się dym, uderzałam łapkami w szybę, krzycząc: "Bacia!!!! Dyn!!!! Dyn!!!". Boże drogi, tyle razy słyszałam tę historię, że nieraz przewracałam oczami, gdy Babcia zaczynała ją opowiadać. A teraz ...
Albo gdy spałam z Babunią, bo bardzo lubiłam z Nią spać, przed snem opowiadała mi bajeczki.
Raz lub dwa byłam z Nią w Jej pracy, w szpitalu wojskowym. Mam zdjęcia. Mam zdjęcia i wspomnienia, które muszę dawkować.
Babciu, kocham Cię.
Najczęściej zwracałam się do Niej "Babuniu", "Babuś", "Babinko", a Ona do mnie: "Niunieczko", "Niuniu". Gdy tylko przekraczałam próg mieszkania przy Ugory, z reguły jeszcze zanim się przywitałyśmy, Babcia pytała, czy zrobić mi coś do jedzenia: "Zrobię ci chlebusia z szyneczką i pomidorkiem. Dziadziuś kupił taką dobrą szyneczkę" albo "My dziś tylko krupnik mamy, to może ci odgrzeję? Z chlebusiem zjesz".
Babcia uwielbiała wspominać czasy, gdy byłam mała i mieszkaliśmy jeszcze z rodzicami na Ugorach. Do Fordonu przeprowadziliśmy się dopiero, gdy skończyłam trzy lata. Do tego czasu zajmowaliśmy pokój, w którym dziś mieszka dziadek. Babcia chodziła ze mną na spacery. Ładnie mnie ubierała, w sukieneczkę, i szłyśmy. Opowiadała, że gdy zbliżałyśmy się do Modusa, co oznaczało, że kończymy spacer i powoli kierujemy się w stronę domu, zawracałam i zaczynałam uciekać :) Oczywiście z reguły kończyło się to upadkiem, umorusaniem sukienki, rykiem i krzykiem: "Bacia, nie cie (nie chcę) domku!".
Opowiadała też, że stawiała mnie na stole kuchennym, przy oknie, abym mogła sobie popatrzeć na świat. Gdy z komina stojącej naprzeciwko kamienicy zaczynał unosić się dym, uderzałam łapkami w szybę, krzycząc: "Bacia!!!! Dyn!!!! Dyn!!!". Boże drogi, tyle razy słyszałam tę historię, że nieraz przewracałam oczami, gdy Babcia zaczynała ją opowiadać. A teraz ...
Albo gdy spałam z Babunią, bo bardzo lubiłam z Nią spać, przed snem opowiadała mi bajeczki.
Raz lub dwa byłam z Nią w Jej pracy, w szpitalu wojskowym. Mam zdjęcia. Mam zdjęcia i wspomnienia, które muszę dawkować.
Babciu, kocham Cię.
...
Rok temu odeszła moja Babcia - cudowna osoba, z nieobecnością której nie mogę się pogodzić. O mojej Babci powinien usłyszeć świat.
piątek, 3 kwietnia 2015
...
- Twojego bloga czyta chyba tylko N., A. i ja.
Hm, bardzo możliwe, że ma rację :-) Pamiętam, jak ktoś, kiedyś, ucząc mnie pisania, powiedział, że trzeba myśleć o Odbiorcy, że bez tego nie da się pisać, bo myśl pisaną trzeba kierować pod "konkretny adres". Nie wiem, czy przypadkiem podświadomie tego nie robię. Na pewno motywująca jest świadomość, że ktoś to czyta. No zresztą - gdybym chciała inaczej, pewnie nie pisałabym w sieci.
Hm, bardzo możliwe, że ma rację :-) Pamiętam, jak ktoś, kiedyś, ucząc mnie pisania, powiedział, że trzeba myśleć o Odbiorcy, że bez tego nie da się pisać, bo myśl pisaną trzeba kierować pod "konkretny adres". Nie wiem, czy przypadkiem podświadomie tego nie robię. Na pewno motywująca jest świadomość, że ktoś to czyta. No zresztą - gdybym chciała inaczej, pewnie nie pisałabym w sieci.
czwartek, 2 kwietnia 2015
...
Taki dzień, że mogłabym skakać z radości - z radości, że takie dni się zdarzają. Mogłabym się nawet modlić, by było ich więcej. Kto wie, czy tego nie robię.
Dzień, w którym - o matko - kocham ludzi, KOCHAM LUDZI!
- Wie pani, że dobra czekolada nigdy się nie kruszy? Podczas jej łamania słychać taki charakterystyczny dźwięk. Nie taki, jaki słyszy pani łamiąc zwykłą (miał na myśli dostępną w marketach) czekoladę - powiedział Pan z "Galerii Słodyczy". Dodał jeszcze, że jedzeniem czekolady, jak piciem wina, czy dobrej kawy, trzeba się delektować, aby poczuć wszystkie "bukiety" smakowe. Nawet dym - dym można poczuć, jedząc jakiś gatunek (gatunek?) czekolady. Właśnie tę zamierzam kupić.
-----------------
- Przepraszam, że musiała pani czekać aż dwie godziny - usłyszałam też dziś od prof. J. - Stenty...
- To nie problem panie profesorze, zjadłam w tym czasie tonę czekolady - powiedziałam z uśmiechem.
- Ojej, ale jest Wielki Tydzień - zauważył.
- Cóż... Zrobiłam też zapasy czekolady, do domu - wymamrotałam.
- Dobrze, no nic, to będzie na moje konto. Oczywiście nie konto pieniężne mam na myśli.
- Na moje pójdzie panie profesorze!
Chciałam dodać, że moje konto i tak jest "bogate", więc czekolada w Wielki Tydzień to będzie mżawka w letni dzień. Ale się powstrzymałam. Taką mam ostatnio zasadę - że staram się milczeć w miejsce gadania głupot. Nie zawsze wychodzi.
-----------------
- Jak się pani jeździ tym rowerem? Drogie to jest? - zapytał starszy pan, gdy zostawiłam rower miejski przy ul. Jurasza.
- Nie, wystarczy, że założy pan konto.
- To konto w mBanku, którego logo jest na błotnikach? - zapytał.
Uśmiechnęłam się życzliwie i wyjaśniłam, że nie, że to BRA etc. I miałam ochotę go utulić za serdeczność, ciepło w oczach, za odwagę, że zapytał!
TAKI DZIEŃ!
A najpiękniejsze w domu - Człowiek, którego kocham!
Dzień, w którym - o matko - kocham ludzi, KOCHAM LUDZI!
- Wie pani, że dobra czekolada nigdy się nie kruszy? Podczas jej łamania słychać taki charakterystyczny dźwięk. Nie taki, jaki słyszy pani łamiąc zwykłą (miał na myśli dostępną w marketach) czekoladę - powiedział Pan z "Galerii Słodyczy". Dodał jeszcze, że jedzeniem czekolady, jak piciem wina, czy dobrej kawy, trzeba się delektować, aby poczuć wszystkie "bukiety" smakowe. Nawet dym - dym można poczuć, jedząc jakiś gatunek (gatunek?) czekolady. Właśnie tę zamierzam kupić.
-----------------
- Przepraszam, że musiała pani czekać aż dwie godziny - usłyszałam też dziś od prof. J. - Stenty...
- To nie problem panie profesorze, zjadłam w tym czasie tonę czekolady - powiedziałam z uśmiechem.
- Ojej, ale jest Wielki Tydzień - zauważył.
- Cóż... Zrobiłam też zapasy czekolady, do domu - wymamrotałam.
- Dobrze, no nic, to będzie na moje konto. Oczywiście nie konto pieniężne mam na myśli.
- Na moje pójdzie panie profesorze!
Chciałam dodać, że moje konto i tak jest "bogate", więc czekolada w Wielki Tydzień to będzie mżawka w letni dzień. Ale się powstrzymałam. Taką mam ostatnio zasadę - że staram się milczeć w miejsce gadania głupot. Nie zawsze wychodzi.
-----------------
- Jak się pani jeździ tym rowerem? Drogie to jest? - zapytał starszy pan, gdy zostawiłam rower miejski przy ul. Jurasza.
- Nie, wystarczy, że założy pan konto.
- To konto w mBanku, którego logo jest na błotnikach? - zapytał.
Uśmiechnęłam się życzliwie i wyjaśniłam, że nie, że to BRA etc. I miałam ochotę go utulić za serdeczność, ciepło w oczach, za odwagę, że zapytał!
TAKI DZIEŃ!
A najpiękniejsze w domu - Człowiek, którego kocham!
wtorek, 17 marca 2015
...
Zastanawiałam się nad wpisaniem tego postu na FB, aby dotarł do szerszego grona kobiet, ale ostatecznie wybieram blog - przynajmniej na razie.
A to dlatego, że temat jest dla mnie wstydliwy. Choć doskonale zdaję sobie sprawę z faktu, że to nie ja powinnam się wstydzić, wręcz związać sobie ręce, a najlepiej - wykastrować się!!!
Stało się pod koniec ubiegłego roku. Wracałam autobusem od pani P. Miałam na sobie spódnicę, kozaki - takie za kostkę, zimową kurtkę i ... torebkę, w zasadzie torbę - dosyć dużą, bo z reguły noszę przy sobie mnóstwo różnych papierów, dokumentów, dyktafon, kalendarz, notes z numerami telefonów i na tym nie koniec. Siadłam tyłem do kierunku jazdy, przy oknie. Torbę jak zwykłe położyłam na nogach - w taki sposób, że przykryła górną część spódnicy. Dolna wystawała spod torebki, zakrywając nogi do kolan.
Na przystanku przy skrzyżowaniu Sułkowskiego z Chodkiewicza do autobusu wsiadł - i tu już nie mogę się dyplomatycznie hamować - stary dziad, chuj jeden obleśny, który usiadł obok mnie. Jego spojrzenie od razu dało mi do myślenia, ale ostatecznie stwierdziłam, że nie - nie będę pochopnie oceniać ludzi. Już raz, też w autobusie, to zrobiłam i potem mi się oberwało. Staruch zajął miejsce. Natychmiast poczułam, że coś jest nie tak, że całe moje ciało staje się potwornie napięte a myśli krążą wokół tego, co siedzi w bani tego zboczeńca (nie wiedziałam jeszcze, że jest zboczeńcem). Krótko mówiąc - ciało mnie ostrzegało, ale zbagatelizowałam temat, uparcie obstając przy nadziei, że kurwa niemożliwe, aby stary rupieć mógł zrobić coś złego.
Zrobił. W pewnym momencie, niestety dopiero po jakiś siedmiu - ośmiu minutach, odsunęłam torebkę i wtedy zobaczyłam, że ten skurwiel trzyma rękę na mojej lewej nodze. Oczywiście od razu ją cofnął, spojrzałam na niego, był cały spocony. Nie powiedziałam ani słowa. NIE POWIEDZIAŁAM ANI SŁOWA. Po prostu mnie sparaliżowało. Stojący naprzeciw dwaj mężczyźni na pewno to widzieli - nie zareagowali. Zresztą - to mnie akurat nie dziwi.
Zboczeniec posiedział jeszcze chwilę, po czym wstał i poszedł sobie bliżej przodu autobusu. Przejechał tak kilka przystanków a następnie wysiadł na wysokości Auchan. A ja ... No cóż. Pamiętam tylko, że chciałam krzyczeć, ale nie mogłam, że chciałam płakać, ale nie mogłam, że cokolwiek wtedy chciałam - nie mogłam. Nie umiałam nawet zadzwonić do R.
Dopiero, gdy wróciłam do domu, popłakałam się. I to straszne - ale w pierwszej świadomej chwili, gdy już się uspokoiłam, pomyślałam: "Jak mogłam nie poczuć tej obleśnej ręki starego skurwiela na swojej nodze...". Nie poczułam jej. Mało tego - miałam do siebie o to pretensje.
Nigdy nie lubiłam jeździć autobusami. Teraz nienawidzę. Gdy tylko siada obok mnie jakiś facet, spinam się i kątem oka uważnie go obserwuję. Generalnie jest tak, że każdy facet, który siada obok mnie, jest dla mnie potencjalnym zboczeńcem. Oczywiście tak samo gdy stoję, a obok stoi mężczyzna.
Jeśli spotkam tego starego obleśnego gnoja, i daj boże - będę akurat z kimś - rzucę najgłośniej, jak się da, że jest zboczeńcem i żeby na niego uważać. Ale najchętniej - przykro mi - najchętniej ... No zatłukłabym skurwiela.
I skoro czuję się tak, a nie inaczej, wstydzę się o tym pisać, mówić, boję się facetów w autobusie, boję się założyć spódnicę, to kurwa coś jest nie tak! Po prostu nie wyobrażam sobie, jak strasznie muszą się czuć kobiety, które zostały zgwałcone, jeśli ja wskutek dotyku zboczonego starucha mam w sobie tyle żalu, nienawiści, pytań, strachu...
A to dlatego, że temat jest dla mnie wstydliwy. Choć doskonale zdaję sobie sprawę z faktu, że to nie ja powinnam się wstydzić, wręcz związać sobie ręce, a najlepiej - wykastrować się!!!
Stało się pod koniec ubiegłego roku. Wracałam autobusem od pani P. Miałam na sobie spódnicę, kozaki - takie za kostkę, zimową kurtkę i ... torebkę, w zasadzie torbę - dosyć dużą, bo z reguły noszę przy sobie mnóstwo różnych papierów, dokumentów, dyktafon, kalendarz, notes z numerami telefonów i na tym nie koniec. Siadłam tyłem do kierunku jazdy, przy oknie. Torbę jak zwykłe położyłam na nogach - w taki sposób, że przykryła górną część spódnicy. Dolna wystawała spod torebki, zakrywając nogi do kolan.
Na przystanku przy skrzyżowaniu Sułkowskiego z Chodkiewicza do autobusu wsiadł - i tu już nie mogę się dyplomatycznie hamować - stary dziad, chuj jeden obleśny, który usiadł obok mnie. Jego spojrzenie od razu dało mi do myślenia, ale ostatecznie stwierdziłam, że nie - nie będę pochopnie oceniać ludzi. Już raz, też w autobusie, to zrobiłam i potem mi się oberwało. Staruch zajął miejsce. Natychmiast poczułam, że coś jest nie tak, że całe moje ciało staje się potwornie napięte a myśli krążą wokół tego, co siedzi w bani tego zboczeńca (nie wiedziałam jeszcze, że jest zboczeńcem). Krótko mówiąc - ciało mnie ostrzegało, ale zbagatelizowałam temat, uparcie obstając przy nadziei, że kurwa niemożliwe, aby stary rupieć mógł zrobić coś złego.
Zrobił. W pewnym momencie, niestety dopiero po jakiś siedmiu - ośmiu minutach, odsunęłam torebkę i wtedy zobaczyłam, że ten skurwiel trzyma rękę na mojej lewej nodze. Oczywiście od razu ją cofnął, spojrzałam na niego, był cały spocony. Nie powiedziałam ani słowa. NIE POWIEDZIAŁAM ANI SŁOWA. Po prostu mnie sparaliżowało. Stojący naprzeciw dwaj mężczyźni na pewno to widzieli - nie zareagowali. Zresztą - to mnie akurat nie dziwi.
Zboczeniec posiedział jeszcze chwilę, po czym wstał i poszedł sobie bliżej przodu autobusu. Przejechał tak kilka przystanków a następnie wysiadł na wysokości Auchan. A ja ... No cóż. Pamiętam tylko, że chciałam krzyczeć, ale nie mogłam, że chciałam płakać, ale nie mogłam, że cokolwiek wtedy chciałam - nie mogłam. Nie umiałam nawet zadzwonić do R.
Dopiero, gdy wróciłam do domu, popłakałam się. I to straszne - ale w pierwszej świadomej chwili, gdy już się uspokoiłam, pomyślałam: "Jak mogłam nie poczuć tej obleśnej ręki starego skurwiela na swojej nodze...". Nie poczułam jej. Mało tego - miałam do siebie o to pretensje.
Nigdy nie lubiłam jeździć autobusami. Teraz nienawidzę. Gdy tylko siada obok mnie jakiś facet, spinam się i kątem oka uważnie go obserwuję. Generalnie jest tak, że każdy facet, który siada obok mnie, jest dla mnie potencjalnym zboczeńcem. Oczywiście tak samo gdy stoję, a obok stoi mężczyzna.
Jeśli spotkam tego starego obleśnego gnoja, i daj boże - będę akurat z kimś - rzucę najgłośniej, jak się da, że jest zboczeńcem i żeby na niego uważać. Ale najchętniej - przykro mi - najchętniej ... No zatłukłabym skurwiela.
I skoro czuję się tak, a nie inaczej, wstydzę się o tym pisać, mówić, boję się facetów w autobusie, boję się założyć spódnicę, to kurwa coś jest nie tak! Po prostu nie wyobrażam sobie, jak strasznie muszą się czuć kobiety, które zostały zgwałcone, jeśli ja wskutek dotyku zboczonego starucha mam w sobie tyle żalu, nienawiści, pytań, strachu...
czwartek, 26 lutego 2015
...
Lubię ruch. To przeszło w genach. Mama najpierw od małego w polu, potem do szkoły po kilkanaście kilometrów pieszo dziennie. Tata grał w piłkę, chyba nawet w Zawiszy. Nie wiem, nie zdążyłam zapytać. A jeśli kiedyś mówił, to nie pamiętam. Pamiętam za to, jak co tydzień, co niedzielę, jeździliśmy rowerami do Myślęcinka. Kawał drogi a ja byłam wtedy niedużą dziewczynką, mogłam mieć z 12-13 lat. Na miejscu robiliśmy przerwę w takiej jadłodajni przypominającej kształtem katowicki spodek, tylko oczywiście mniejszy. Tata kupował sobie "Kujawiaka" a mi zapiekankę. I potem wracaliśmy. Tato swoim mustangiem a ja jubilatem bez przerzutek.
środa, 25 lutego 2015
...
Nie wiem, co by się musiało stać, abyśmy tam zamieszkali, ale zwyczajnie nie tracę nadziei :)
Jestem oczarowana tym budynkiem. Szkoda, że fotorep. nie sfotografował windy, ponieważ jest przepiękna. Nigdy nie widziałam jej wnętrza, a jedynie drzwi od zewnątrz. W kamienicy tej bywałam średnio dwa razy w tygodniu, gdy uczyłam się hiszpańskiego w szkole nad Savoy'em. Jakieś... 6-7 lal temu (może więcej).
Kamienica
Jestem oczarowana tym budynkiem. Szkoda, że fotorep. nie sfotografował windy, ponieważ jest przepiękna. Nigdy nie widziałam jej wnętrza, a jedynie drzwi od zewnątrz. W kamienicy tej bywałam średnio dwa razy w tygodniu, gdy uczyłam się hiszpańskiego w szkole nad Savoy'em. Jakieś... 6-7 lal temu (może więcej).
Kamienica
wtorek, 24 lutego 2015
...
Marzy mi się noc spędzona w kamienicy przy ul. Jagiellońskiej 2. To chyba przez te nagłośnione przez media plany sprzedaży budynku. Chociaż z drugiej strony - ostatnio często tamtędy przechodzę i już od jakiegoś czasu z zachwytem patrzę na kamienicę.
Chciałabym zająć jeden z pokoi na przedostatnim piętrze, koniecznie z widokiem na operę, ustawić pod oknem łóżko i z tego łóżka patrzeć sobie wieczorem na Bydgoszcz. Tak wysoko, bezpiecznie, przytulnie i spokojnie, w świetle nocnej lampki. Pijąc herbatę z miodem, limonką i imbirem.
Chciałabym zająć jeden z pokoi na przedostatnim piętrze, koniecznie z widokiem na operę, ustawić pod oknem łóżko i z tego łóżka patrzeć sobie wieczorem na Bydgoszcz. Tak wysoko, bezpiecznie, przytulnie i spokojnie, w świetle nocnej lampki. Pijąc herbatę z miodem, limonką i imbirem.
poniedziałek, 23 lutego 2015
...
Jeszcze tylko tydzień i będzie można siać pierwsze nasionka. Boże, jak ja się cieszę i nie mogę doczekać. W ubiegłym roku niewiele roślin dotrwało do przesadzenia w doniczkę balkonową. Ufam, że tym razem większość się uchowa.
Fajnie by było zrobić też ogródek warzywny na działce w Janowie. No zobaczymy. Po wypłacie ruszam po nasionka, ziemię i wszystko, co mi poradzą w filmikach na youtube.
Fajnie by było zrobić też ogródek warzywny na działce w Janowie. No zobaczymy. Po wypłacie ruszam po nasionka, ziemię i wszystko, co mi poradzą w filmikach na youtube.
niedziela, 22 lutego 2015
...
Recenzentka teatralna ze mnie żadna, ale napiszę parę słów, aby, czytając to za jakiś czas, nie mieć wątpliwości, że kontakt z kulturą rozładowuje napięcie.
Piątek był dobrym dniem - słonecznym, krótkim w pracy, długim wieczorem. Wieczorem poszliśmy do teatru. Nie pamiętam, kiedy ostatnio byłam w teatrze. Cholernie dawno, nie licząc, rzecz jasna, konferencji prasowych. Te jedynie wzmagały apetyt na to, aby któregoś dnia w końcu stanąć przed gmachem teatru, poczekać na umówionych, popatrzeć na wchodzących do środka i pomyśleć - "Zaraz też tam będę". Tak właśnie jak w piątek.
"Detroit. Historia ręki" odegrano na scenie głównej, przy czym na scenie tej byli i aktorzy, i widzowie, do czego, aż wstyd się przyznać, doszłam mniej więcej w połowie sztuki. Nieistotne. Od razu ujął mnie fakt, że zamiast tradycyjnych foteli teatralnych, w miejscu dla widzów porozkładane były opony. "Przepraszam, czy ta opona jest zajęta?" - zapytałam siedzącą nieopodal dziewczynę, jednocześnie uświadamiając sobie werbalną farsę tego pytania. Opona - zajęta. Czemu nie? No czemu nie? :) Opona była wolna, więc zajęłam ją dla J. Siedliśmy w ostatnim rzędzie, bo tylko tam leżało wolne ogumienie. Inna rzecz, że chyba żadne z nas nie miało - jakby to nazwać - odwagi? - by spocząć mniej więcej metr od aktorów. Jednak, ku naszemu, a przynajmniej mojemu, zdziwieniu, ostatni stali się pierwszymi. Otóż sztuka rozpoczęła się tuż przed nami :) Ciekawa jestem, co czuła jedna i druga A. Ja się zawstydziłam i zaczęłam analizować ten fenomen. Bo jak to możliwie, że wstydzę się aktorów, choć to oni występują przed pokaźną grupą widzów? Onieśmielali mnie wręcz. Byłam ciekawa, czy któryś z nich na mnie spojrzy, ale zarazem obawiałam się odważnego, aktorskiego spojrzenia. I jeszcze (oczywiście wszystko w trakcie oglądania sztuki) pomyślałam, że nie mogłabym być aktorką, bo to musi być strasznie wyczerpujące - to możliwie maksymalne wczuwanie się w odgrywaną rolę. Boże, jak trudny musi być powrót do normalności, do tego codziennego życia, gdy na przykład kilka wieczorów z rzędu (albo i nie) grało się osamotnioną, zagubioną, opuszczoną, rozczarowaną pracowniczkę zakładu z Detroit.
Najtrudniej było mi w momencie, gdy aktorzy zaczęli krzyczeć, wyzywać, zwłaszcza jedna - grająca Fridę Kahlo. Najtrudniej, bo nie mogłam opanować łez. I nawet nie wiem dlaczego! To są takie emocje, że wszystko, co środku, zaczyna krzyczeć razem z tą aktorką. I popłakałam się, trzęsłam się, chciałam wstać z miejsca i drzeć się, biegać po tej scenie, wyzbyć się dziwnej energii, którą ona mi przekazała.
Nie zrozumiałam wszystkiego z "Detroit". Sztuka była pełna metafor, w których ja, choćbym chciała, nie potrafię się odnaleźć. Ale emocje, które mi towarzyszyły, były nie do powtórzenia. Cudowne, cudowne przeżycie.
Piątek był dobrym dniem - słonecznym, krótkim w pracy, długim wieczorem. Wieczorem poszliśmy do teatru. Nie pamiętam, kiedy ostatnio byłam w teatrze. Cholernie dawno, nie licząc, rzecz jasna, konferencji prasowych. Te jedynie wzmagały apetyt na to, aby któregoś dnia w końcu stanąć przed gmachem teatru, poczekać na umówionych, popatrzeć na wchodzących do środka i pomyśleć - "Zaraz też tam będę". Tak właśnie jak w piątek.
"Detroit. Historia ręki" odegrano na scenie głównej, przy czym na scenie tej byli i aktorzy, i widzowie, do czego, aż wstyd się przyznać, doszłam mniej więcej w połowie sztuki. Nieistotne. Od razu ujął mnie fakt, że zamiast tradycyjnych foteli teatralnych, w miejscu dla widzów porozkładane były opony. "Przepraszam, czy ta opona jest zajęta?" - zapytałam siedzącą nieopodal dziewczynę, jednocześnie uświadamiając sobie werbalną farsę tego pytania. Opona - zajęta. Czemu nie? No czemu nie? :) Opona była wolna, więc zajęłam ją dla J. Siedliśmy w ostatnim rzędzie, bo tylko tam leżało wolne ogumienie. Inna rzecz, że chyba żadne z nas nie miało - jakby to nazwać - odwagi? - by spocząć mniej więcej metr od aktorów. Jednak, ku naszemu, a przynajmniej mojemu, zdziwieniu, ostatni stali się pierwszymi. Otóż sztuka rozpoczęła się tuż przed nami :) Ciekawa jestem, co czuła jedna i druga A. Ja się zawstydziłam i zaczęłam analizować ten fenomen. Bo jak to możliwie, że wstydzę się aktorów, choć to oni występują przed pokaźną grupą widzów? Onieśmielali mnie wręcz. Byłam ciekawa, czy któryś z nich na mnie spojrzy, ale zarazem obawiałam się odważnego, aktorskiego spojrzenia. I jeszcze (oczywiście wszystko w trakcie oglądania sztuki) pomyślałam, że nie mogłabym być aktorką, bo to musi być strasznie wyczerpujące - to możliwie maksymalne wczuwanie się w odgrywaną rolę. Boże, jak trudny musi być powrót do normalności, do tego codziennego życia, gdy na przykład kilka wieczorów z rzędu (albo i nie) grało się osamotnioną, zagubioną, opuszczoną, rozczarowaną pracowniczkę zakładu z Detroit.
Najtrudniej było mi w momencie, gdy aktorzy zaczęli krzyczeć, wyzywać, zwłaszcza jedna - grająca Fridę Kahlo. Najtrudniej, bo nie mogłam opanować łez. I nawet nie wiem dlaczego! To są takie emocje, że wszystko, co środku, zaczyna krzyczeć razem z tą aktorką. I popłakałam się, trzęsłam się, chciałam wstać z miejsca i drzeć się, biegać po tej scenie, wyzbyć się dziwnej energii, którą ona mi przekazała.
Nie zrozumiałam wszystkiego z "Detroit". Sztuka była pełna metafor, w których ja, choćbym chciała, nie potrafię się odnaleźć. Ale emocje, które mi towarzyszyły, były nie do powtórzenia. Cudowne, cudowne przeżycie.
poniedziałek, 2 lutego 2015
...
W najnowszych WO ukazał się wywiad z psycholog Katarzyną Schier o sparentyfikowanych dzieciach, czyli takich, które zamiast cieszyć się i radować dzieciństwem, robiły wszystko, by pomagać swoim rodzicom - zarówno fizycznie, jak i psychicznie, emocjonalnie. Oczywiście, odnalazłam w tym wszystkim siebie. Najpierw pomyślałam o Mamie, która opowiadała o Tacie, o problemach z alkoholem (to tak bardzo delikatnie ujmując), o pieniądzach etc. No i właśnie - nie pamiętam szczegółów. Zwyczajnie wyparłam je ze swojej pamięci, kojarząc jedynie fakt, że pełniłam funkcję "powierniczki" swojej Mamy. Z jednej strony dobrze, bo po co pamiętać takie detale. Moja pamięć zadziałała chyba na zasadzie mechanizmu obronnego i oszczędziła mi wspomnień z dzieciństwa. Z drugiej - chyba łatwiej byłoby mi zrozumieć swoją przesadną wręcz odpowiedzialność za "życie w domu", za to, że czegoś brakuje w lodówce, że skończył się płyn do płukania albo pasta do zębów. Biorę to na siebie. Niepotrzebnie zresztą.
Tylko że trudno, cholernie trudno zmienić to, czym nasiąkło się w dzieciństwie. Wzorowa uczennica, skrupulatnie pomagająca Mamie w domu, nigdy się nie buntująca, pokorna, grzeczna, taka, która nigdy nie powie: "Mamo, a CO MNIE TO KURWA obchodzi?! Co mnie obchodzą wasze problemy małżeńskie?! Nie od tego jestem, żeby o nich słuchać!!!!!!!!!!!!!!!!!" - taka właśnie byłam. A dlaczego? Ano dlatego, żeby nie sprawiać dodatkowego problemu rodzicom, którzy przecież regularnie awanturowali się po nocach.
I w ten sposób ukształtowana weszłam w rolę dorosłego człowieka: niepewnego siebie, przesadnie odpowiedzialnego, który jeszcze do niedawna nie zadawał pytań, gdy powstała wątpliwość, który nie reagował na atak, nie bronił się. Odbierałam sobie prawo do pielęgnowania swojej wartości, do wyrażania swojego zdania - bo takie prawo odebrano mi w dzieciństwie.
Naprawdę mocno powstrzymuję się przed napisaniem kolejnych przekleństw. Zwyczajnie mi siebie szkoda, tak - żal mi samej siebie. Bo to JA byłam wtedy dzieckiem i to JA wymagałam/potrzebowałam (co ja tam mogłam sobie wymagać) opieki, troski, uwagi, akceptacji!!!!!!!!!!!!!! I dlatego to JA prowadzę dziś ciężką pracę nad sobą, nad znalezieniem swojej tożsamości, bo przez to, że byłam dzieckiem sparentyfikowanym, niewiele o sobie wiem. Nie miałam czasu, by myśleć o swoich potrzebach, o czymkolwiek związanym ze mną.
Dżisus kurwa, piszę o tym wszystkim... bo po pierwsze - muszę jakoś wyrzucić z siebie gniew. MUSZĘ!!!! I chcę sobie to wszystko przyswoić, bo - co niepojęte - jako dorosła, świadoma kobieta z łatwością wracam w skórę tego dziecka. I z łatwością dałabym sobie wejść na głowę. Nie wiem, być może tak będzie do czasu, aż któregoś dnia pęknę i gdy ktoś (myślę tu o rodzinie) zarzuci mi cokolwiek - puszczę wiązankę (zapewne będzie to wiązanka), w której znajdzie się historia dziewczynki pozbawionej dzieciństwa.
Zresztą, pal licho tę rodzinę. Nie pozwolę, by ktokolwiek rościł sobie prawo do niesłusznych ocen mojej osoby. Po prostu na to NIE POZWOLĘ! Pozwalam za długo (ale przynajmniej wiem, dlaczego tak się działo).
Tylko że trudno, cholernie trudno zmienić to, czym nasiąkło się w dzieciństwie. Wzorowa uczennica, skrupulatnie pomagająca Mamie w domu, nigdy się nie buntująca, pokorna, grzeczna, taka, która nigdy nie powie: "Mamo, a CO MNIE TO KURWA obchodzi?! Co mnie obchodzą wasze problemy małżeńskie?! Nie od tego jestem, żeby o nich słuchać!!!!!!!!!!!!!!!!!" - taka właśnie byłam. A dlaczego? Ano dlatego, żeby nie sprawiać dodatkowego problemu rodzicom, którzy przecież regularnie awanturowali się po nocach.
I w ten sposób ukształtowana weszłam w rolę dorosłego człowieka: niepewnego siebie, przesadnie odpowiedzialnego, który jeszcze do niedawna nie zadawał pytań, gdy powstała wątpliwość, który nie reagował na atak, nie bronił się. Odbierałam sobie prawo do pielęgnowania swojej wartości, do wyrażania swojego zdania - bo takie prawo odebrano mi w dzieciństwie.
Naprawdę mocno powstrzymuję się przed napisaniem kolejnych przekleństw. Zwyczajnie mi siebie szkoda, tak - żal mi samej siebie. Bo to JA byłam wtedy dzieckiem i to JA wymagałam/potrzebowałam (co ja tam mogłam sobie wymagać) opieki, troski, uwagi, akceptacji!!!!!!!!!!!!!! I dlatego to JA prowadzę dziś ciężką pracę nad sobą, nad znalezieniem swojej tożsamości, bo przez to, że byłam dzieckiem sparentyfikowanym, niewiele o sobie wiem. Nie miałam czasu, by myśleć o swoich potrzebach, o czymkolwiek związanym ze mną.
Dżisus kurwa, piszę o tym wszystkim... bo po pierwsze - muszę jakoś wyrzucić z siebie gniew. MUSZĘ!!!! I chcę sobie to wszystko przyswoić, bo - co niepojęte - jako dorosła, świadoma kobieta z łatwością wracam w skórę tego dziecka. I z łatwością dałabym sobie wejść na głowę. Nie wiem, być może tak będzie do czasu, aż któregoś dnia pęknę i gdy ktoś (myślę tu o rodzinie) zarzuci mi cokolwiek - puszczę wiązankę (zapewne będzie to wiązanka), w której znajdzie się historia dziewczynki pozbawionej dzieciństwa.
Zresztą, pal licho tę rodzinę. Nie pozwolę, by ktokolwiek rościł sobie prawo do niesłusznych ocen mojej osoby. Po prostu na to NIE POZWOLĘ! Pozwalam za długo (ale przynajmniej wiem, dlaczego tak się działo).
czwartek, 29 stycznia 2015
...
No i znowu przyszedł czas na zmiany - niekoniecznie chciane, powiedziałabym raczej, że wymuszone. Albo wrócę, tam gdzie wracałam dotychczas, albo nie. Na razie nie myślę o tym, jak będzie, myślę raczej o tym, jak chciałabym, aby było. Tak było wtedy, kiedy byłam szczęśliwa.
Etap o tyle dobry, że nie boję się zmian.
Etap o tyle dobry, że nie boję się zmian.
Subskrybuj:
Posty (Atom)


