czwartek, 26 lutego 2015

...

Lubię ruch. To przeszło w genach. Mama najpierw od małego w polu, potem do szkoły po kilkanaście kilometrów pieszo dziennie. Tata grał w piłkę, chyba nawet w Zawiszy. Nie wiem, nie zdążyłam zapytać. A jeśli kiedyś mówił, to nie pamiętam. Pamiętam za to, jak co tydzień, co niedzielę, jeździliśmy rowerami do Myślęcinka. Kawał drogi a ja byłam wtedy niedużą dziewczynką, mogłam mieć z 12-13 lat. Na miejscu robiliśmy przerwę w takiej jadłodajni przypominającej kształtem katowicki spodek, tylko oczywiście mniejszy. Tata kupował sobie "Kujawiaka" a mi zapiekankę. I potem wracaliśmy. Tato swoim mustangiem a ja jubilatem bez przerzutek.

środa, 25 lutego 2015

...

Nie wiem, co by się musiało stać, abyśmy tam zamieszkali, ale zwyczajnie nie tracę nadziei :)
Jestem oczarowana tym budynkiem. Szkoda, że fotorep. nie sfotografował windy, ponieważ jest przepiękna. Nigdy nie widziałam jej wnętrza, a jedynie drzwi od zewnątrz. W kamienicy tej bywałam średnio dwa razy w tygodniu, gdy uczyłam się hiszpańskiego w szkole nad Savoy'em. Jakieś... 6-7 lal temu (może więcej).

Kamienica

wtorek, 24 lutego 2015

...

Marzy mi się noc spędzona w kamienicy przy ul. Jagiellońskiej 2. To chyba przez te nagłośnione przez media plany sprzedaży budynku. Chociaż z drugiej strony -  ostatnio często tamtędy przechodzę i już od jakiegoś czasu z zachwytem patrzę na kamienicę.

Chciałabym zająć jeden z pokoi na przedostatnim piętrze, koniecznie z widokiem na operę, ustawić pod oknem łóżko i z tego łóżka patrzeć sobie wieczorem na Bydgoszcz. Tak wysoko, bezpiecznie, przytulnie i spokojnie, w świetle nocnej lampki. Pijąc herbatę z miodem, limonką i imbirem.



poniedziałek, 23 lutego 2015

...

Jeszcze tylko tydzień i będzie można siać pierwsze nasionka. Boże, jak ja się cieszę i nie mogę doczekać. W ubiegłym roku niewiele roślin dotrwało do przesadzenia w doniczkę balkonową. Ufam, że tym razem większość się uchowa.
Fajnie by było zrobić też ogródek warzywny na działce w Janowie. No zobaczymy. Po wypłacie ruszam po nasionka, ziemię i wszystko, co mi poradzą w filmikach na youtube.

niedziela, 22 lutego 2015

...

Recenzentka teatralna ze mnie żadna, ale napiszę parę słów, aby, czytając to za jakiś czas, nie mieć wątpliwości, że kontakt z kulturą rozładowuje napięcie.
Piątek był dobrym dniem - słonecznym, krótkim w pracy, długim wieczorem. Wieczorem poszliśmy do teatru. Nie pamiętam, kiedy ostatnio byłam w teatrze. Cholernie dawno, nie licząc, rzecz jasna, konferencji prasowych. Te jedynie wzmagały apetyt na to, aby któregoś dnia w końcu stanąć przed gmachem teatru, poczekać na umówionych, popatrzeć na wchodzących do środka i pomyśleć - "Zaraz też tam będę". Tak właśnie jak w piątek.

"Detroit. Historia ręki" odegrano na scenie głównej, przy czym na scenie tej byli i aktorzy, i widzowie, do czego, aż wstyd się przyznać, doszłam mniej więcej w połowie sztuki. Nieistotne. Od razu ujął mnie fakt, że zamiast tradycyjnych foteli teatralnych, w miejscu dla widzów porozkładane były opony. "Przepraszam, czy ta opona jest zajęta?" - zapytałam siedzącą nieopodal dziewczynę, jednocześnie uświadamiając sobie werbalną farsę tego pytania. Opona - zajęta. Czemu nie? No czemu nie? :) Opona była wolna, więc zajęłam ją dla J. Siedliśmy w ostatnim rzędzie, bo tylko tam leżało wolne ogumienie. Inna rzecz, że chyba żadne z nas nie miało - jakby to nazwać - odwagi? - by spocząć mniej więcej metr od aktorów. Jednak, ku naszemu, a przynajmniej mojemu, zdziwieniu, ostatni stali się pierwszymi. Otóż sztuka rozpoczęła się tuż przed nami :) Ciekawa jestem, co czuła jedna i druga A. Ja się zawstydziłam i zaczęłam analizować ten fenomen. Bo jak to możliwie, że wstydzę się aktorów, choć to oni występują przed pokaźną grupą widzów? Onieśmielali mnie wręcz. Byłam ciekawa, czy któryś z nich na mnie spojrzy, ale zarazem obawiałam się odważnego, aktorskiego spojrzenia. I jeszcze (oczywiście wszystko w trakcie oglądania sztuki) pomyślałam, że nie mogłabym być aktorką, bo to musi być strasznie wyczerpujące - to możliwie maksymalne wczuwanie się w odgrywaną rolę. Boże, jak trudny musi być powrót do normalności, do tego codziennego życia, gdy na przykład kilka wieczorów z rzędu (albo i nie) grało się osamotnioną, zagubioną, opuszczoną, rozczarowaną pracowniczkę zakładu z Detroit.
Najtrudniej było mi w momencie, gdy aktorzy zaczęli krzyczeć, wyzywać, zwłaszcza jedna - grająca Fridę Kahlo. Najtrudniej, bo nie mogłam opanować łez. I nawet nie wiem dlaczego! To są takie emocje, że wszystko, co środku, zaczyna krzyczeć razem z tą aktorką. I popłakałam się, trzęsłam się, chciałam wstać z miejsca i drzeć się, biegać po tej scenie, wyzbyć się dziwnej energii, którą ona mi przekazała. 
Nie zrozumiałam wszystkiego z "Detroit". Sztuka była pełna metafor, w których ja, choćbym chciała, nie potrafię się odnaleźć. Ale emocje, które mi towarzyszyły, były nie do powtórzenia. Cudowne, cudowne przeżycie.

poniedziałek, 2 lutego 2015

...

W najnowszych WO ukazał się wywiad z psycholog Katarzyną Schier o sparentyfikowanych dzieciach, czyli takich, które zamiast cieszyć się i radować dzieciństwem, robiły wszystko, by pomagać swoim rodzicom - zarówno fizycznie, jak i psychicznie, emocjonalnie. Oczywiście, odnalazłam w tym wszystkim siebie. Najpierw pomyślałam o Mamie, która opowiadała o Tacie, o problemach z alkoholem (to tak bardzo delikatnie ujmując), o pieniądzach etc. No i właśnie - nie pamiętam szczegółów. Zwyczajnie wyparłam je ze swojej pamięci, kojarząc jedynie fakt, że pełniłam funkcję "powierniczki" swojej Mamy. Z jednej strony dobrze, bo po co pamiętać takie detale. Moja pamięć zadziałała chyba na zasadzie mechanizmu obronnego i oszczędziła mi wspomnień z dzieciństwa.  Z drugiej - chyba łatwiej byłoby mi zrozumieć swoją przesadną wręcz odpowiedzialność za "życie w domu", za to, że czegoś brakuje w lodówce, że skończył się płyn do płukania albo pasta do zębów. Biorę to na siebie. Niepotrzebnie zresztą.

Tylko że trudno, cholernie trudno zmienić to, czym nasiąkło się w dzieciństwie. Wzorowa uczennica, skrupulatnie pomagająca Mamie w domu, nigdy się nie buntująca, pokorna, grzeczna, taka, która nigdy nie powie: "Mamo, a CO MNIE TO KURWA obchodzi?!  Co mnie obchodzą wasze problemy małżeńskie?! Nie od tego jestem, żeby o nich słuchać!!!!!!!!!!!!!!!!!" - taka właśnie byłam. A dlaczego? Ano dlatego, żeby nie sprawiać dodatkowego problemu rodzicom, którzy przecież regularnie awanturowali się po nocach.

I w ten sposób ukształtowana weszłam w rolę dorosłego człowieka: niepewnego siebie, przesadnie odpowiedzialnego, który jeszcze do niedawna nie zadawał pytań, gdy powstała wątpliwość, który nie reagował na atak, nie bronił się. Odbierałam sobie prawo do pielęgnowania swojej wartości, do wyrażania swojego zdania - bo takie prawo odebrano mi w dzieciństwie.

Naprawdę mocno powstrzymuję się przed napisaniem kolejnych przekleństw. Zwyczajnie mi siebie szkoda, tak - żal mi samej siebie. Bo to JA byłam wtedy dzieckiem i to JA wymagałam/potrzebowałam (co ja tam mogłam sobie wymagać) opieki, troski, uwagi, akceptacji!!!!!!!!!!!!!! I dlatego to JA prowadzę dziś ciężką pracę nad sobą, nad znalezieniem swojej tożsamości, bo przez to, że byłam dzieckiem sparentyfikowanym, niewiele o sobie wiem. Nie miałam czasu, by myśleć o swoich potrzebach, o czymkolwiek związanym ze mną.

Dżisus kurwa, piszę o tym wszystkim... bo po pierwsze - muszę jakoś wyrzucić z siebie gniew. MUSZĘ!!!! I chcę sobie to wszystko przyswoić, bo - co niepojęte - jako dorosła, świadoma kobieta z łatwością wracam w skórę tego dziecka. I z łatwością dałabym sobie wejść na głowę. Nie wiem, być może tak będzie do czasu, aż któregoś dnia pęknę i gdy ktoś (myślę tu o rodzinie) zarzuci  mi cokolwiek - puszczę wiązankę (zapewne będzie to wiązanka), w której znajdzie się historia dziewczynki pozbawionej dzieciństwa.


Zresztą, pal licho tę rodzinę. Nie pozwolę, by ktokolwiek rościł sobie prawo do niesłusznych ocen mojej osoby. Po prostu na to NIE POZWOLĘ! Pozwalam za długo (ale przynajmniej wiem, dlaczego tak się działo).