niedziela, 22 lutego 2015

...

Recenzentka teatralna ze mnie żadna, ale napiszę parę słów, aby, czytając to za jakiś czas, nie mieć wątpliwości, że kontakt z kulturą rozładowuje napięcie.
Piątek był dobrym dniem - słonecznym, krótkim w pracy, długim wieczorem. Wieczorem poszliśmy do teatru. Nie pamiętam, kiedy ostatnio byłam w teatrze. Cholernie dawno, nie licząc, rzecz jasna, konferencji prasowych. Te jedynie wzmagały apetyt na to, aby któregoś dnia w końcu stanąć przed gmachem teatru, poczekać na umówionych, popatrzeć na wchodzących do środka i pomyśleć - "Zaraz też tam będę". Tak właśnie jak w piątek.

"Detroit. Historia ręki" odegrano na scenie głównej, przy czym na scenie tej byli i aktorzy, i widzowie, do czego, aż wstyd się przyznać, doszłam mniej więcej w połowie sztuki. Nieistotne. Od razu ujął mnie fakt, że zamiast tradycyjnych foteli teatralnych, w miejscu dla widzów porozkładane były opony. "Przepraszam, czy ta opona jest zajęta?" - zapytałam siedzącą nieopodal dziewczynę, jednocześnie uświadamiając sobie werbalną farsę tego pytania. Opona - zajęta. Czemu nie? No czemu nie? :) Opona była wolna, więc zajęłam ją dla J. Siedliśmy w ostatnim rzędzie, bo tylko tam leżało wolne ogumienie. Inna rzecz, że chyba żadne z nas nie miało - jakby to nazwać - odwagi? - by spocząć mniej więcej metr od aktorów. Jednak, ku naszemu, a przynajmniej mojemu, zdziwieniu, ostatni stali się pierwszymi. Otóż sztuka rozpoczęła się tuż przed nami :) Ciekawa jestem, co czuła jedna i druga A. Ja się zawstydziłam i zaczęłam analizować ten fenomen. Bo jak to możliwie, że wstydzę się aktorów, choć to oni występują przed pokaźną grupą widzów? Onieśmielali mnie wręcz. Byłam ciekawa, czy któryś z nich na mnie spojrzy, ale zarazem obawiałam się odważnego, aktorskiego spojrzenia. I jeszcze (oczywiście wszystko w trakcie oglądania sztuki) pomyślałam, że nie mogłabym być aktorką, bo to musi być strasznie wyczerpujące - to możliwie maksymalne wczuwanie się w odgrywaną rolę. Boże, jak trudny musi być powrót do normalności, do tego codziennego życia, gdy na przykład kilka wieczorów z rzędu (albo i nie) grało się osamotnioną, zagubioną, opuszczoną, rozczarowaną pracowniczkę zakładu z Detroit.
Najtrudniej było mi w momencie, gdy aktorzy zaczęli krzyczeć, wyzywać, zwłaszcza jedna - grająca Fridę Kahlo. Najtrudniej, bo nie mogłam opanować łez. I nawet nie wiem dlaczego! To są takie emocje, że wszystko, co środku, zaczyna krzyczeć razem z tą aktorką. I popłakałam się, trzęsłam się, chciałam wstać z miejsca i drzeć się, biegać po tej scenie, wyzbyć się dziwnej energii, którą ona mi przekazała. 
Nie zrozumiałam wszystkiego z "Detroit". Sztuka była pełna metafor, w których ja, choćbym chciała, nie potrafię się odnaleźć. Ale emocje, które mi towarzyszyły, były nie do powtórzenia. Cudowne, cudowne przeżycie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz