poniedziałek, 2 lutego 2015

...

W najnowszych WO ukazał się wywiad z psycholog Katarzyną Schier o sparentyfikowanych dzieciach, czyli takich, które zamiast cieszyć się i radować dzieciństwem, robiły wszystko, by pomagać swoim rodzicom - zarówno fizycznie, jak i psychicznie, emocjonalnie. Oczywiście, odnalazłam w tym wszystkim siebie. Najpierw pomyślałam o Mamie, która opowiadała o Tacie, o problemach z alkoholem (to tak bardzo delikatnie ujmując), o pieniądzach etc. No i właśnie - nie pamiętam szczegółów. Zwyczajnie wyparłam je ze swojej pamięci, kojarząc jedynie fakt, że pełniłam funkcję "powierniczki" swojej Mamy. Z jednej strony dobrze, bo po co pamiętać takie detale. Moja pamięć zadziałała chyba na zasadzie mechanizmu obronnego i oszczędziła mi wspomnień z dzieciństwa.  Z drugiej - chyba łatwiej byłoby mi zrozumieć swoją przesadną wręcz odpowiedzialność za "życie w domu", za to, że czegoś brakuje w lodówce, że skończył się płyn do płukania albo pasta do zębów. Biorę to na siebie. Niepotrzebnie zresztą.

Tylko że trudno, cholernie trudno zmienić to, czym nasiąkło się w dzieciństwie. Wzorowa uczennica, skrupulatnie pomagająca Mamie w domu, nigdy się nie buntująca, pokorna, grzeczna, taka, która nigdy nie powie: "Mamo, a CO MNIE TO KURWA obchodzi?!  Co mnie obchodzą wasze problemy małżeńskie?! Nie od tego jestem, żeby o nich słuchać!!!!!!!!!!!!!!!!!" - taka właśnie byłam. A dlaczego? Ano dlatego, żeby nie sprawiać dodatkowego problemu rodzicom, którzy przecież regularnie awanturowali się po nocach.

I w ten sposób ukształtowana weszłam w rolę dorosłego człowieka: niepewnego siebie, przesadnie odpowiedzialnego, który jeszcze do niedawna nie zadawał pytań, gdy powstała wątpliwość, który nie reagował na atak, nie bronił się. Odbierałam sobie prawo do pielęgnowania swojej wartości, do wyrażania swojego zdania - bo takie prawo odebrano mi w dzieciństwie.

Naprawdę mocno powstrzymuję się przed napisaniem kolejnych przekleństw. Zwyczajnie mi siebie szkoda, tak - żal mi samej siebie. Bo to JA byłam wtedy dzieckiem i to JA wymagałam/potrzebowałam (co ja tam mogłam sobie wymagać) opieki, troski, uwagi, akceptacji!!!!!!!!!!!!!! I dlatego to JA prowadzę dziś ciężką pracę nad sobą, nad znalezieniem swojej tożsamości, bo przez to, że byłam dzieckiem sparentyfikowanym, niewiele o sobie wiem. Nie miałam czasu, by myśleć o swoich potrzebach, o czymkolwiek związanym ze mną.

Dżisus kurwa, piszę o tym wszystkim... bo po pierwsze - muszę jakoś wyrzucić z siebie gniew. MUSZĘ!!!! I chcę sobie to wszystko przyswoić, bo - co niepojęte - jako dorosła, świadoma kobieta z łatwością wracam w skórę tego dziecka. I z łatwością dałabym sobie wejść na głowę. Nie wiem, być może tak będzie do czasu, aż któregoś dnia pęknę i gdy ktoś (myślę tu o rodzinie) zarzuci  mi cokolwiek - puszczę wiązankę (zapewne będzie to wiązanka), w której znajdzie się historia dziewczynki pozbawionej dzieciństwa.


Zresztą, pal licho tę rodzinę. Nie pozwolę, by ktokolwiek rościł sobie prawo do niesłusznych ocen mojej osoby. Po prostu na to NIE POZWOLĘ! Pozwalam za długo (ale przynajmniej wiem, dlaczego tak się działo).

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz