piątek, 24 lipca 2015

...

O liście od Dziadka (Taty mojego Taty) dowiedziałam się, siedząc w samochodzie, w pobliżu Zarządu Dróg Wojewódzkich. Mama przeczytała mi przez telefon fragment (a może całość? nie pamiętam). Chodziło o to, że Dziadek nie może mnie znaleźć, nie wie, co się ze mną dzieje, że bardzo chciałby, abym go odwiedziła, bym przyjechała na Leśne i - to akurat pamiętam doskonale - że zależy Mu na czasie.
Napisał więc list, ponieważ nie mógł mnie w żaden sposób odnaleźć. I to by się zgadzało, bo moje częste zmiany numeru telefonu nie były przypadkowe. Nie chciałam już więcej rodziny, nikogo. Prócz Niego jednego. Nikogo prócz mojego Dziadka. Ale nie dało się inaczej. Nikt nie miał prawa odnaleźć mnie za pośrednictwem gazety, nie ma mnie w żadnej książce telefonicznej, w internecie pozostały po mnie ślady z czasów gazety, być może jakieś nieaktualne numery telefonu. Tak właśnie chciałam.

A On napisał list. Tak po prostu. Drżącą ręką napisał, że chce mnie zobaczyć. 

Zadzwoniłam do Niego nazajutrz. "Tak się cieszę, że cię mam". Rozpłakałam się i próbowałam mówić dalej. Dwie godziny później byłam już na Leśnym.

Bałam się, że po tych prawie pięciu latach przerwy od ostatniego spotkania (czerwiec 2012, pół roku po śmierci mojego Taty) zobaczę Go mocno schorowanego. Nie wiedziałam, czy chodzi, czy już tylko leży, czy jeszcze mówi, czy widzi, czy słyszy. Przywitał mnie w progu, taki kochany, z tymi swoimi błękitnymi, pięknymi oczami, wzruszony, uśmiechnięty, wpatrzony we mnie - w swoją wnuczkę, którą kocha.

Taki mądry, kochany mój Dziadek.

Ten list jest dla mnie w tej chwili najcenniejszą rzeczą (nie wiem, jak to inaczej nazwać). I kilka zdjęć mojej ukochanej Babci Marysi.

1 komentarz: