Wczoraj zaliczyłam pierwsze w życiu 10 kilometrów biegu bez przerwy. Wygląda na to, że człowiek nie zna swoich możliwości, nie docenia ich, zakładając z góry, że się nie uda. Ale przychodzi taki moment, gdy bez (niepotrzebnej) presji, z myślą "Ok, spróbuję. Jak się nie uda, to nic, zrobię tyle, ile potrafię", niemożliwe staje się możliwe.
I tak właśnie wczoraj, na mniej więcej szóstym (?) kilometrze, poczułam się JAK NIE JA. Bo moje ciało zrobiło w konia głowę :) I bardzo, bardzo dobrze! Niech głowa sobie nie myśli, że będzie dyktować warunki!
Pięknie Marto :-) Tak dalej :-)
OdpowiedzUsuń