poniedziałek, 12 listopada 2012

...

Zaczęło się od rozmów o bogu. Kolega T. nie wierzy i pisze o tym książkę. Jeszcze nie wiem, czy ją przeczytam. Potem przeszliśmy do życia po życiu. Żona jego kumpla odeszła z własnej woli. - Pierwsze, o co mnie zapytał, to czy będzie potępiona - opowiadał T. - Nie martwił się o czwórkę dzieci, które zostały bez matki. Myślał tylko o jej potępieniu.
T. nie wspominał nic o poczuciu winy tego mężczyzny. Podsumował wątek stwierdzeniem, że osoby decydujące się na samobójstwo, są bardzo odważne. Głównie w kontekście wiary.
Wreszcie zapytał, czy wierzę. - Tak, w to, że moja dusza nie zgaśnie po śmierci - odparłam, dając jednocześnie do zrozumienia, że nie potrzebuję polemiki w tym temacie. Nie było.
T. wyszedł na chwilę z kuchni. - Wiesz, gdyby nie pewność, że mój Tata jest w gdzieś indziej, w dobrym, ładnym, bezpiecznym i spokojnym miejscu, nie byłabym dziś taka - zagadnęłam do R. - To dla mnie bardzo ważne.
- Przykro mi Martuś, ja w to nie wierzę - powiedział delikatnie R. - Po śmierci zachowuję człowieka tu - dodał, wskazując serce.

Nie wiem, dlaczego o tym piszę. Być może dlatego, że rozmowa była trudna, emocjonująca, ale przede wszystkim - odkrywcza. Od śmierci Taty nie rozmawiałam z nikim o bogu. Pojawiał się tylko temat metafizyki w ogóle. Przy okazji tej dyskusji, zadałam sobie pytanie: "Dlaczego to jest dla mnie tak ważne?". I od razu zauważyłam, że - no właśnie - chodzi o mnie. To jest ważne dla mnie. Bo mi pomaga, stanowi punkt odniesienia, pozwala czuć, że Tata jest blisko, koi, gdy wracają myśli o niewykorzystanym czasie. 
I, co oczywiste, nie każdy musi w to wierzyć. Ale czuję się dobrze, gdy nie ma krytyki, miejsce której zajmuje zrozumienie. Uwielbiam tę różnorodność świata. I ludzi, którzy mądrze ją przyjmują.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz