czwartek, 19 kwietnia 2012

...

Dziś mijają cztery miesiące, Tato. Nie wiem dlaczego, ale czuję się, jakby zleciał co najmniej rok. Tymczasem cztery miesiące temu o tej porze kładłam się do łóżka. To znaczy Marta mnie kładła. Nie wiem, jak ona to zrobiła - jak potrafiła zachować zimną krew, zarazem płacząc ze mną i tuląc mnie cały czas. Nie wiem, czy ja bym tak potrafiła, Tato. Wiesz, myślę sobie tak teraz, z perspektywy czasu, że ludzie są niesamowicie odważni. Tyle osób ze mną było. Jak oni musieli się bać, bo przecież co powiedzieć, jak zareagować? Pamiętam, że kilka dni przed Twoim odejściem zwolniono z pracy jednego z naszych kolegów. I gdy ktoś z nas miał z nim dyżur (Marcin pracował do połowy grudnia, a od 1. wiedział o zwolnieniu), informowaliśmy się nawzajem, co i jak. Jak się zachować, czego nie mówić, o czym lepiej nie wspominać, żeby nie sprawić mu dodatkowego smutku. A w moim przypadku? Przecież 19 grudnia, oprócz Marci, przyjechały dziewczyny z redakcji, zresztą następnego dnia też. Ludzie pisali, niektórzy dzwonili. A ci, którzy najpierw pisali, potem i tak dzwonili, tłumacząc, że troszkę się bali zadzwonić od razu.
Nie byłam sama, Tato. Nie byłam.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz