Wiosna, Tatuś. Widać ją na ulicy. Ludzie wypełzli ze swoich domów. Są tacy rześcy i rozgadani. Zwłaszcza w Śródmieściu, gdzie nagle zaroiło się od grupek osób debatujących na temat pogody, dzieci dokarmiających gołębie czy śmigających ulicą Gdańską rowerzystów. Na Mostowej, jak co roku, pojawiła się ta babuleńka sprzedająca wykonane na szydełku maleńkie cuda.
A mnie przestały nawet denerwować osoby, które rozpychają się na chodniku i szturchają ramieniem (jak wiesz - w większości przypadków, mijając ludzi, to ja robię unik, dzięki któremu nie dochodzi do zderzenia).
Aha, no i kupiłam sobie te tulipany. Ostatecznie wybrałam fioletowe. I dziś jeszcze takiego małego czerwonego kwiatka, ale nie pamiętam nazwy. W każdym razie doniczkowy.
Jutro rano, przed dyżurem, pójdę na targ (oczywiście z zamiarem kupienia kolejnej roślinki). Powdycham sobie przy okazji zapach poukładanych na straganach warzyw i owoców.
Kilka dni temu poszłam podczas pracy do sklepu (tego przy Zamoyskiego) po dwa jabłka. W kolejce za mną ustawili się jacyś młodzi mężczyźni. I jeden z nich z taką autentycznością i swobodą stwierdził: "Lubię zapach warzyw". Byłam wniebowzięta. Dawno nie słyszałam tak pięknego zdania z ust człowieka, którego nie znam.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz