poniedziałek, 17 grudnia 2012

...

Rok temu była sobota. Miałam dużego kaca po imprezie u Asi. Pamiętam, że przed południem pojechaliśmy z Martą i Pawłem do Osówca po choinki. Marcia była wtedy smutna po pierwszej wizycie u ginekologa. Martwiła się o Kruszynkę. Nie wiedzieliśmy jeszcze, że będzie chłopczyk. Wieczorem posprzątałam w domu i ubrałam choinkę. I chyba poszłam spać. Nie pamiętam.
Tatuś był u dziadków na Leśnym. Ostatni raz w życiu. Gdy szukałam Go w poniedziałek, dowiedziałam się, że około godziny 22 dzwonił do swojego kolegi taksówkarza, ale ten nie odebrał telefonu. Bo Tata był troszkę uciążliwy po alkoholu. I dlatego on nie odebrał. Może, gdyby odebrał, Tata by żył.
Wrócił do domu nad ranem. Na chwilkę. I potem zniknął. Około szóstej rano dzwonił do swojego kuzyna - Tomka. Ale Tomek też nie odebrał. Pewnie spał. A potem Tatuś już nie odbierał telefonu.
Była niedziela - 18 grudnia.

1 komentarz: