Rok temu był poniedziałek - 19 grudnia. Nie wiem, czy najtrudniejszy dzień w moim dotychczasowym życiu. Nie wiem tego. To był na pewno dzień, którego nigdy nie zdołam zapomnieć. Rok temu, około godziny 13.30 do naszego domu w Fordonie przyszli dwaj policjanci. Spisali protokół zgłoszenia zaginięcia i wyszli. Po chwili jeden z nich wrócił i powiedział, że z doświadczenia wie, że warto też sprawdzić piwnicę. Mama zerknęła na wieszak, na którym zawsze wisiały klucze od piwnicy. Nie było ich. I w tym momencie wiedziałam już, że za moment dowiem się czegoś, co na zawsze zmieni moje życie. Zaproponowałam, że zejdę z nimi i wskażę, gdzie jest nasza piwnica. Mama stanowczo zaprotestowała. Zawołała panią Terenię. Zostałam z jej wnuczkiem, a ona poszła z policjantami. Mama też, ale z tego, co wiem, zatrzymała się na piętrze. Mijały minuty. Nikt nie wracał. W końcu usłyszałam kroki na korytarzu. "Tata nie żyje". Upadłam. Pani Terenia zaczęła mnie podnosić. Płakałam, krzyczałam, podarłam sobie rajstopy, czułam złość. Zauważyłam buty Taty, które stały na korytarzu. Nie wiem, co dalej. Przyjechało pogotowie. Lekarka nie mogła znaleźć żył. W końcu się wbiła. Pamiętam, że strasznie bolało.
Pamiętam też, że jeszcze na tym korytarzu Tatuś, gdy padły wiadome słowa, poczułam ulgę. Że ten koszmar poszukiwania Ciebie już się skończył. Przepraszam.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz