Jego odejście sprawiło, że pojawiły się wątpliwości. Jak można kogoś kochać i zadać tak straszny ból, odbierając sobie życie? Czy On w ogóle pomyślał o mnie w tej pieprzonej piwnicy? A jeśli tak, to czemu nie zadzwonił? W niedzielę, 18 grudnia, po telefonie od babci, wydzwaniałam do Niego całe popołudnie. I boże no, nie mogę sobie przypomnieć - ale podczas pierwszej próby był chyba sygnał. Czyli gdzieś około 16. Wracałam wtedy z marketu (kupiłam Mu prezent). I chyba w okolicy pl. Weyssenhoffa zaczęłam próbować. I to pierwsze połączenie... Jego telefon był chyba jeszcze włączony. Boże, jak ja bym chciała to wiedzieć, ale nie mogę sobie przypomnieć. Bo jeżeli faktycznie miał jeszcze włączony telefon, widział, że dzwonię. I jeśli chwilę później zacisnął na swojej szyi ten cholerny pasek... może wtedy, widząc połączenie ode mnie, pomyślał o mnie, pomyślał, że Jego dziecko przed chwilą dzwoniło. Może chociaż wtedy, odchodząc, nie czuł się aż tak samotny. Chociaż przez moment. Może aż tak bardzo się nie bał... Może wtedy właśnie pomyślał: "Wybacz mi Martuś".
Uwielbiam, gdy ciocia mówi, że Tato bardzo mnie kochał. Mogłabym tego słuchać każdego dnia.
Tato... Bądź przy mnie. Każdego dnia.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz